fbpx
sobota, 3 grudnia 2022 00:36
  • Ładowanie danych ...

What’s on Gowin’s mind?

3 lata temu

Od kilku już tygodni opinię publiczną w Polsce rozpala pytanie „co zrobi Gowin?”. Słusznie, dotąd bowiem prezes Porozumienia uchodził na polityka nad wyraz koncyliacyjnego, czego pokłosiem było m.in. pamiętne głosowanie nad ustawą o SN, podczas którego „głosował za, ale się nie cieszył”. Dziś natomiast, dość nieoczekiwanie znalazł się w samym centrum medialnej wrzawy, a przez niektórych został nawet okrzyknięty „ostatnią nadzieją przytomnie myślących demokratów”.

Ocena dotychczasowej działalności byłego już wicepremiera moim zdaniem była dla niego dość krzywdząca. Łatka oportunisty, którą z racji ww. wydarzenia przykleiły mu media, okazała się być niebywale trwała, pomimo iż jak dotąd Gowin co najmniej kilkakrotnie miał odwagę postawić się obozowi Zjednoczonej Prawicy (jak chociażby przy okazji zakusów likwidacji limitu 30-krotności składek ZUS przez partię rządzącą). Ponadto, w zeszłej kadencji co pewien czas dochodziło do przecieków, które dosyć jasno wskazywały na tarcia istniejące w ramach koalicji. Mimo to, niegdysiejszy minister sprawiedliwości w rządzie PO, miał niebywałą trudność w pozbyciu się uległego wizerunku.

Dzisiaj natomiast, doszły do tej kolekcji dwa kolejne tytuły – kunktatora i, nieomal wprost, zdrajcy. Do tego drugiego określenia nawiązuje wypowiedź Antoniego Macierewicza dla Polskiego Radia 24 z 25 kwietnia, w której niedwuznacznie wskazuje on na związek ostrzeżeń przeciwko dywersji rosyjskiej z próbą rozbicia prawicy, w której to próbie Gowin, z wydatną pomocą opozycji, miałby uczestniczyć. Zarzut kunktatora stawiają mu zaś media „opozycyjne” usiłując wymusić nań odpowiedzialność za projekt przełożenia majowych wyborów i licząc, że dzięki temu uda się zachwiać obozem rządzącym i doprowadzić do pierwszego, naprawdę głębokiego wyłomu w jego strukturze. Jednak moim zdaniem, podobne dywagacje są całkowicie błędne, a wynikać mogą wyłącznie z myślenia życzeniowego, któremu już od lat z lubością oddaje się tak sama opozycja, jak jej medialni akolici. Odliczanie dni do klęski PiS, i upatrywanie w każdym, najdrobniejszym nawet przejawie sporu w ZP, jednoznacznego potwierdzenia rozpadu koalicji, było bodaj najbardziej elektryzującym leitmotivem antypisowskich publicystów przez całą zeszłą kadencję. Problem w tym, że niewiele miał wspólnego z rzeczywistością.

Ktokolwiek dzisiaj próbuje obsadzać Jarosława Gowina w roli zbawcy opozycji, najprawdopodobniej nie pamięta (bądź nie chce pamiętać) okoliczności wystąpienia wyżej wymienionego z partii ówcześnie rządzącej, co miało miejsce w roku 2013. Gowin odszedł z Platformy we wrześniu, poprzedzając to wydarzenie listem do działaczy partii, w którym ostro skrytykował zarówno kierownictwo jej zarządów regionalnych, jak i samą wierchuszkę, by następnie rzucić Donaldowi Tuskowi rękawicę w wyborach przewodniczącego partii. Wnikliwy czytelnik zapewne pamięta, iż był to okres, w którym Platforma cieszyła się niesłabnącą popularnością, nie przejawiając (przynajmniej oficjalnie) żadnych symptomów klęski, która stała się jej udziałem w roku 2015. Dlaczegóż więc dzisiaj miałby Gowin decydować się na zupełną utratę twarzy, bratając się na nowo z Platformą, i de facto legitymizując kolesiostwo i partyjniactwo, które w przywołanym wyżej liście krytykował? Pomimo  zmiany w sposobie zarządzania, mentalność głównej partii opozycyjnej pozostała dokładnie taka sama jak dotychczas. Co więcej, blatowanie się z opozycją również z politycznego punktu widzenia jest dla prezesa Porozumienia kompletnie nieopłacalne. Słuchając bowiem ostatnich wypowiedzi zarówno polityków PSL, jak i Lewicy, nietrudno odczytać formułowane między wierszami sugestie, że decyzja o „rozbiorze” Platformy w zasadzie została już podjęta, a ww. formacje czekają, aż proces agonii osiągnie punkt kulminacyjny, co doprowadzi do masowego exodusu rozbitków z tonącego okrętu i ostatecznego rozpadu partii. Jeśli powyższy scenariusz, wieszczony od jakiegoś czasu przez niektórych publicystów, jest prawdziwy, to w tym kontekście Jarosław Gowin musiałby być politycznym samobójcą, by decydować się na jego firmowanie. Moim zdaniem sytuacja z którą mamy obecnie do czynienia, jest rodzajem gry politycznej, którą były szef MNiSW zdecydował się rozpocząć. Wykorzystał okazję związaną z epidemią by odróżnić się od największej partii w Zjednoczonej Prawicy, i można oczekiwać, że stoi za tym szerszy polityczny plan, co zresztą sam zainteresowany potwierdził w niedawnej rozmowie z Marcinem Makowskim w „Do Rzeczy”.

Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie zawarte w tytule niniejszego felietonu. Z pewnością apetyt polityczny Jarosława Gowina nie słabnie, czego dobitnie dowiodły ostatnie wydarzenia. Pokazały też, że wbrew opiniom niektórych komentatorów, nie warto spisywać jego potencjału politycznego na straty. Pytanie, na ile będzie on w stanie zrealizować swoje, jak dotąd chyba nie do końca spełnione, ambicje.

Napisz do redakcji!

Masz ciekawy temat bądź chcesz, byśmy opisali historię albo zajęli się twoim problemem? Napisz do nas! Chętnie wspomnimy o tym w jednym z naszych artykułów.

Napisz do nas: Napisz
bądź autora artykułu sebastian.zych@kijemwmrowisko.pl